Przyprowadzając do Jezusa kobietę oskarżaną o cudzołóstwo, Żydzi 'wystawiają Jezusa na próbę' (werset 6), tzn. chcą go 'przyłapać', aby tak czy inaczej móc go oskarżyć. Trzeba bowiem pamiętać, że Judea była wówczas pod panowaniem cesarstwa i pewne aspekty społecznego funkcjonowania zarezerwowane były dla władzy rzymskiej. Najwyraźniej takim aspektem było wykonywanie kary śmierci. Kiedy jakiś czas później Żydzi chcą wyeliminować Jezusa, nie robią tego własnymi rękami, ale przyprowadzają go do Piłata. "I powiedział Piłat: Wy go weźcie i osądźcie według waszego prawa. Żydzi mu odpowiedzieli: Nam nie wolno nikogo zabijać" (Jn. 18:31). Z drugiej strony, sami kilkukrotnie próbowali Jezusa zgładzić, zarówno na terenie świątyni, jak i poza nią (Łk. 4:29; Jn. 8:59, 10:23,31). Wydaje się, że jedynym sposobem na pogodzenie tych dwóch okoliczności jest przyjęcie, że próby samodzielnego pozbycia się Jezusa były jednak podejmowane w afekcie, bez kalkulacji możliwych konsekwencji. Zawsze była to reakcja tłumu, który jest podatny na działania dyktowane nagłymi, intensywnymi emocjami. Faryzeusze natomiast działali z zimną kalkulacją. Stąd wiedzieli, że odwołanie się władzy rzymskiej będzie 'bezpiecznym' sposobem fizycznej eliminacji Jezusa.
Żydzi zastawiają zatem na Jezusa pułapkę. Gdyby bowiem Pan zgodził się na ukamienowanie kobiety, stałby się winny wobec prawa rzymskiego, które nie pozwalało Żydom na wykonywanie wyroków śmierci. Z drugiej strony, gdyby Jezus nie zgodził się na jej ukamienowanie, stałby się winny względem Zakonu, który nakazywał w takim przypadku karę śmierci (Pwt. 22:22). Pytanie 'A ty co mówisz?' ma postawić Pana w sytuacji bez dobrego wyjścia. Tymczasem nie było potrzeby konsultować przepisu prawa, ponieważ był on jasny: 'najpierw ręka świadka ma się podnieść' (Pwt. 17:7). Ten, kto był świadkiem przestępstwa i je ujawnił, miał rozpocząć wykonywanie kary. Nakładając na świadków taki obowiązek, Zakon obciążał dużą odpowiedzialnością ich ocenę sytuacji. Ten element, razem z wymogiem przedstawienia minimum dwóch świadków, w pewnym sensie zabezpieczał przed zbyt lekkim wydawaniem najcięższych wyroków. Przedstawiając sprawę Jezusowi, oskarżyciele zdejmują z siebie tę odpowiedzialność. On jednak nie tylko im tego nie ułatwia, ale wprost odwołuje się do ich sumienia. Cudzołóstwo bowiem wymaga dwojga. Nie wiemy, co Jezus pisał po ziemi, ale domyślam się, że właśnie przypominał adwersarzom ich własne grzechy.
W tym kontekście Jezus "podniósł się i powiedział do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" (Jn. 8:7). Słysząc to, Żydzi zaczęli się rozchodzić, "będąc przekonani przez sumienie" (Jn. 8:9). Greckie elegcho [G1651], przetłumaczone jako 'przekonani', może także oznaczać 'potępieni' lub 'skazani'. Jezus właśnie swoim pismem po ziemi opatrzonym wymownym komentarzem więcej niż zasugerował oskarżycielom kobiety, że wie o ich własnych przestępstwach. Być może niektórych rzeczywiście poruszyło sumienie w dobrym, oczyszczającym sensie. Bardzo prawdopodobne jednak, że znaleźli się i tacy, którzy postanowili się wycofać, ponieważ poczuli się zagrożeni. Skoro Jezus wie o ich cudzołóstwie, być może nie on jeden; być może sami znajdą się za chwilę na miejscu cudzołożnicy. W ten sposób nasz Pan uwalnia siebie z zastawionej nań pułapki, a jednocześnie uwalnia kobietę z rąk jej niedoszłych oprawców. Trzeba jednak zauważyć, że niezależnie od ich motywacji, Żydzi przyszli do Jezusa w sprawie wykonania przepisu Tory. On tymczasem doprowadza do sytuacji, w której ten przepis nie zostaje wykonany. I to wobec kobiety, o której Pan wie, że jest winna. To jest okoliczność, która domaga się wyjaśnienia.
Nie można w moim przekonaniu satysfakcjonująco odpowiedzieć na tę wątpliwość, twierdząc jednocześnie, że Jezus był poddanym Zakonu. Tak by było, gdyby Zakon Mojżesza był uniwersalnym prawem Bożym. Ale nie był. Wiek żydowski poddany był aniołom i to aniołowie byli autorami obowiązku przestrzegania prawa w formie przekazanej Mojżeszowi (Gal. 3:19; Hbr. 2:1-5). Jezus tymczasem jest kimś więcej niż aniołowie. Bóg "poddał mu wszystko, nie pozostawił niczego, co nie byłoby mu poddane" (Hbr. 2:8; Jn. 3:35, 17:1,2). Zakon nie jest tutaj wyjątkiem. Jezus jest 'kimś większym niż świątynia' (Mt. 12:6). Przychodząc do Jana nad Jordan, został namaszczony duchem na arcykapłana Nowego Przymierza - nowego porządku z jego własnym kapłaństwem i własnym prawem opartym na przykazaniach wiary, nadziei i miłości (Hbr. 7:12; 1 Kor. 13:13). Otrzymał władzę wiązania i rozwiązywania, przebaczania i zatrzymywania grzechów, tak jak w przyszłości tę władzę będzie mieć jego wierny Kościół (Mt. 16:19; Jn. 20:21-23). Chociaż więc Zakon nakładał obowiązek wykonania wyroku na ręce świadków, "a potem ręce całego ludu" (Pwt. 17:7), Jezus tym nakazem nie był związany (podobnie jak - z racji swojego stanowiska - żadnym innym nakazem Tory).